Gdy Kolumb przybył na Kubę, powiedział podobno: „To najpiękniejsza ziemia, jaką widziały moje oczy”. Gdy my przybyliśmy do Hawany, miałam ochotę powiedzieć raczej, że najdziwniejsza.
Z powodu awarii silnika samolotu opóźnił się nasz wylot z Madrytu. Straciliśmy cały dzień i wylądowaliśmy w stolicy Kuby po zmroku. Na spacer do Starej Havany wybraliśmy się więc późną nocą. Miasto robiło wrażenie mrocznej ruiny: pogaszone albo potłuczone latarnie, fasady domów straszące powybijanymi oknami, gdzieniegdzie przy ławeczkach grupki habaneros (hawańczyków) w kolorowych, zniszczonych do granic przyzwoitości T-shirtach. Między mężczyznami krążyły rozbawione dziewczyny i butelki rumu. Niby wesoło, ale przygnębiająco. W niektóre uliczki strach było zaglądać. Tak niewiele pozostało z obrazków dawnej świetności, jakie zapamiętałam z filmowej „Havany” z Robertem Redfordem, miasta tuż przed rewolucją, w swym największym rozkwicie: z pałacami, kasynami i blaskiem oświetlonych ulic.
Cienfuegos – koni żal
Rano ruszyliśmy autobusem do Cienfuegos, gdzie czekał na nas w porcie katamaran Adara (Athena 38) i nasz skipper Andrzej Pochodaj, pomysłodawca kubańskiej wyprawy. W marinie, w której stały kiedyś setki jachtów, tego dnia były dosłownie trzy jednostki, czarterowane przez turystów (żeglarstwo jest sportem niedostępnym dla mieszkańców Kuby – zbyt łatwo mogliby się stać mieszkańcami USA). Urokliwie prezentował się natomiast pałac w marinie. Odrestaurowany budynek został zamieniony na klub z muzyką tak głośną, że nie wyobrażam sobie mieszkania w jego pobliżu, ale żeby urządzić sobie wieczorek taneczny nie schodząc z jachtu – czemu nie. Smutny „pan mundurowy”, który pilnował nas albo naszego bezpieczeństwa – kwestia pozostała nierozstrzygnięta – miał za to trochę atrakcji.
Cienfuegos zapadło nam w pamięci z powodu lokalnego transportu. Sklecone z byle czego bryczki, którymi jeździliśmy, ciągnęły przeraźliwie chude konie. Woźnicom grozi tu wysoki mandat za wożenie obcokrajowców (turyści powinni korzystać z przeznaczonych specjalnie dla nich państwowych taksówek), mieli więc cały system znaków ostrzegawczych: gestów i gwizdów, którymi porozumiewali się między sobą, aby ominąć patrole policji. W rezultacie droga wydłużała się niebotycznie, często zamiast 1 km musieli z nami przejechać pięć razy tyle, wyjeżdżając niemal poza miasto, co nadawało naszej podróży posmak gangsterskiej ucieczki.
Po zakupach zamówionego dużo wcześniej prowiantu i krótkim szkoleniu wypłynęliśmy do Guajimico, gdzie spędziliśmy noc.
Małgorzata Jakubowska
Więcej w magazynie „Jachting” (11/2009)
Chciałbyś opublikować newsa, artykuł w dziale „artykuły”, „regiony żeglarskie”, „zacznij żeglować” lub jakąkolwiek informację dotyczącą żeglarstwa w serwisie Sail-Info.pl?
Wyślij mail na adres press@sail-info.pl lub SMS na numer 0 603-842-032.